Do Filzmoos trafiliśmy przypadkiem. Jak wiecie, nasz wyjazd do Austrii był wyjazdem spontanicznym, może nie tyle co pod kątem wyboru kierunku, ponieważ o tym myśleliśmy miesiąc wcześniej. Natomiast wyjeżdżając z Polski wiedzieliśmy, że jedziemy do Hallstatt, ale gdzie będziemy spać już nie.
Jeśli czytaliście nasz poprzedni post, wiecie, że Austria przywitała nas deszczem i burzą tuż po wyjechaniu na powierzchnie z kopalni soli. (o Hallstatt i najstarszej kopalni soli możecie przeczytać tutaj). Była już prawie godzina 18sta, więc przyszedł czas na znalezienie noclegu.
Skorzystaliśmy z jednego z portali zajmujących się rezerwacją noclegów.
I tak znaleźliśmy przyzwoity pokój, z dostępną dostawka dla Leo, śniadaniem, nieopodal 17 km od Hallstatt. Tylko był jeden minus, check in do 19stej. Na zegarku 18.07 – ale to tylko 17 km – zdążymy! Jak się później okazało, faktyczny dystans z Hallstatt wynosił 63 km. No trudno – próbujemy. Trasa prowadziła pośród gór, pomimo ulewnego deszczu było bardzo zielono a zza chmur czasem wyłaniały się Alpy. Na miejsce dojechaliśmy po 19stej – na szczęście ktoś na nas czekał!
I tak oto znaleźliśmy się w miejscowości Filzmoos.

Filzmoos – atrakcje

Miasto przywitało nas deszczem, gęstymi chmurami, a pomimo tego było bardzo urzekające. Piękna alpejska zabudowa, płynąca przez centrum rzeka i cisza! Bardzo się nam spodobało to miejsce.

W Filzmoos, znajdującym się na wysokości 1057 m.n.p.m., latem znajdziemy mnóstwo pięknych widoków i wiele szlaków turystycznych. Sama miejscowość zamieszkuje tylko 1,5 tysiąca mieszkańców. Pomimo tego jest tutaj bardzo dobra baza hoteli i restauracji. Jak już wcześniej wspomniałam jest tutaj typowa zabudowa alpejska. Jedna główna droga, którą bardzo łatwo wyjść z centrum i zobaczyć sielską/wiejską atmosferę. Wszędzie kury, krowy i konie.
Zimą miłośnicy białego szaleństwa znajdą tutaj 16 km nartostrad i 9 wyciągów. Niektóre z tych wyciągów działają również latem umożliwiając nam zdobycie pobliskich szczytów.


Roßbrand 1770 m.n.p.m.

Będąc w Filzmoos udało się nam udać na krótki spacer po górach. Bez większych planów postanowiliśmy wyjechać kolejką do góry – pogoda była dość kapryśna, więc nie robiliśmy sobie dużych nadziei na trekking. Wybraliśmy się na wyciąg, znajdujący się tuż koło naszego hotelu, czyli zaledwie 200 metrów od centrum miasta. Była to kolej gondolowa „Papagenobanh”, gdzie za bilet góra-dół dla osoby dorosłej zapłaciliśmy 15€ (Leo oczywiście za darmo). Po wyjściu z kolejki przywitały nas pasące się tuż koło niej krowy. Ogromna atrakcja, nie tylko dla dzieci! Wielu dorosłych robiło sobie z nimi zdjęcia.

Stąd ruszyliśmy w drogę wiodącą na szczyt Rossbrand na wysokości 1770 m.n.p.m. Trasa lekko pięła się w górę szeroką kamienistą drogą, pośród wysokich drzew. Co jakiś czas wyłaniały się widoki na doliny i pobliskie szczyty. Idąc na szczyt kierowaliśmy się szlakiem czerwonym. Mijaliśmy po drodze mnóstwo krów, a wielką atrakcją dla Leo okazał się traktor pozostawiony koło drogi.

Na szlaku jest również kilka „skrótów”, które prowadzą wąskimi ścieżkami pośród lasu. Tutaj podejścia są już bardziej strome, po deszczu jest tutaj zalegające błoto. Po jednym z takich skrótów wychodzimy na drogę asfaltową, po to by kawałek dalej wejść na szlak prowadzący wąskimi ścieżkami na otwartej przestrzeni. Widoki robią się coraz ładniejsze, a do okola widać szczyty alpejskie. Na trasie jest kilka punktów widokowych z ławkami, nawet takimi obrotowymi 360 stopni.


Na szczycie Rossbrand znajduje się krzyż, a przy nim pamiątkowa księga, do której oczywiście się wpisujemy. Szczyt Rossbrand serwuje nam również piękne widoki do okola. Znajduje się tutaj również schronisko górskie. To niczym nie przypomina naszych polskich schronisk, a raczej kilku gwiazdkową restaurację. Decydujemy się na rozgrzewającą zupę.

Po obiedzie ruszamy szybko w dół, ponieważ kolejka na którą mamy wykupiony już wcześniej bilet, ostatni zjazd ma o 16.30. Znaki pokazują, że do kolejki mamy 2 h – więc musimy się spieszyć.
Wracając ze szczytu wybieramy inną trasę – zamiast iść szeroką kamienistą drogą skręcamy w prawo na trasę, która początkowo prowadzi zrobionymi z drzewa mostkami. Są duże kałuże, sporo błota. Dalej trasa prowadzi w głąb lasu, błota i wody jest coraz więcej a mostków umożliwiając się poruszanie po takim terenie jest coraz mniej. Brniemy więc tym błotem, a o mały włos nie przechodzimy zakrętu prowadzącego do kolejki. Jest już przed 16stą a my nie wiemy jak daleka droga jeszcze przed nami. To nic takiego, jak się spóźnimy na kolejkę, zawszę możemy zejść na nogach. Ale zaczyna padać deszcz, Leo zasypia na baranach – nie mamy nosidełka. Ciężko go nieść na rękach i omijać kolejną kałużę ślizgając się po błocie.
Docieramy do kamienistej drogi – szybko się rozglądamy.. uff jest kolejka. Wychodzimy zaledwie kilka kroków od niej. Deszcz już rozpadał się na dobre, a my wsiadamy do gondoli.

WSKAZÓWKI

  • Po mieście Filzmoos nie ma większego problemu poruszania się wózkiem,
  • Pamiętajcie o ubraniach przeciwdeszczowych – pogoda w górach jest zmienna!
  • Wybierając się na szczyt Roßbrand spokojnie dostaniecie się tam wózkiem na pompowanych kołach, nie korzystając ze „skrótów”,
  • W sezonie letnim na szczyt Roßbrand można również dostać się samochodem, lub busem.
  • Wybierając się na górski trekking ZAWSZE pamiętajcie o zapasie wody,
  • Pamiętajcie również o kremie z filtrem UV. Filzmoos położone jest na wysokości 1057 m.n.p.m. – możecie nawet nie poczuć a słońce Was szybko spali.